* Lud Góralski * Rzeczpospolita Góralska * Rozmyślania Józka Strachoty * E-mail: vykovaliv a gmail.com *
uahistory Vesna
RSS
środa, 30 sierpnia 2006
Powstanie Chołowskie

Rafał Gerber (oprac.),

„Powstanie Chochołowskie 1846.

Dokumenty i Materiały”,

[Wydawnictwo Ossolineum]

Wrocław 1960, ss. 262.
Nakład 660 egz.


SPIS TREŚCI
Str.
WSTĘP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . VII
 
ŹRÓDŁA
1. „Votum informativum” audytora sztabowego Battistiga
(w jęz. polskim i niemieckim) – . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . 3
2. Protokół przesłuchania ks. Michała Głowackiego
(w jęz. polskim i niemieckim) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187
3. Wykaz uczestników ruchu Chochołowskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . 199
4. Krótki rys historyczny państwa Czarnego Dunajca i opis powstania
w Chochołowie dnia 21 lutego 1846 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 203
5. Pamiętnik J. K. Andrusikiewicza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 224
6. Listy J. K. Andrusikiewicza z więzienia w Nowym Sączu . . . . . . . . . . 233
7. Trzy listy J. K. Andrusikiewicza (z r. 1848) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 240
8. Listy Jana Zycha, kowala z Chochołowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 243
9. Opowiadanie Józefa Pilcha o powstaniu Chochołowskim . . . . . . . . . . 248
 
INDEKS NAZWISK . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 257
 
11:35, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2006
Tożsamość narodowa Łemków
Bogusław Gertruda

TOŻSAMOŚĆ NARODOWA ŁEMKÓW

SPRAWOZDANIE Z DEBATY

"Gazeta Uniwerytecka" - miesięcznik Uniwerystetu Śląskiego w Katowicach

nr 10 (89) z lipca 2001 r.

http://gu.us.edu.pl/index.php?op=artykul&rok=2001&miesiac=7&id=2020&type=nor

11 maja 2001 r. na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego Naukowe Koło Integracji Europejskiej zorganizowało debatę "Tożsamość narodowa Łemków", w której wzięli udział przedstawiciele towarzystw tej mniejszości w Polsce. Zjednoczenie Łemków z Gorlic reprezentowali jego prezes, pan Stefan Hładyk oraz pan Piotr Szafran. Stanowisko Stowarzyszenia Łemków z Legnicy przedstawiali jego przewodniczący, pan Andrzej Kopcza oraz pani dr Helena Duć-Fajfer, pracująca w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wśród publiczności, oprócz studentów Wydziału Nauk Społecznych, obecni byli studenci Instytutu Filologii Wschodniosłowiańskiej w Sosnowcu oraz zajmujący się badaniem języka/dialektu łemkowskiego profesor tegoż instytutu, Henryk Fontański.

Debata poświęcona była naświetleniu różnic, jakie istnieją wśród społeczności łemkowskiej w kwestii samoidentyfikacji narodowej. Przedstawiciele Zjednoczenia Łemków reprezentowali opcję proukraińską, twierdząc, iż Łemkowie są grupą etniczną przynależną do narodu ukraińskiego. Z kolei reprezentanci Stowarzyszenia Łemków bronili tezy o autonomii narodowej tej etni.

Spotkanie rozpoczęło się od przedstawienia krótkiego rysu historycznego. Pan Hładyk przytoczył tezę o pochodzeniu Łemków od plemienia Białych Chorwatów, z którą nie zgodziła się dr Duć-Fajfer, uważając ją za nie zweryfikowaną naukowo. Broniła ona z kolei twierdzenia o wołoskim pochodzeniu Łemków, któremu zaprzeczał pan Hładyk, twierdząc, że pochodzi ono od faktu przyjęcia przez Łemków prawa wołoskiego, korzystniejszego przy gospodarowaniu w górach od prawa magdeburskiego bądź ruskiego.

Dyskutanci nie poddawali w wątpliwość faktu, że dopiero od połowy XIX w., podobnie jak na innych terenach Europy Środkowej i Wschodniej, rozpoczął się proces przebudzenia narodowego i związany z nim proces dyferencjacji ludów ruskich (tj. żyjących, poza Łemkowszczyzną, na terenach dzisiejszej Rosji, Ukrainy i Białorusi). W owym procesie pojawiały się różne orientacje, z których łemkowsko-rusińska i ukraińska są żywe do dziś, natomiast dalsze dwie moskalofilska i polonofilska odgrywają dziś znikomą rolę. W dalszej części dyskusji obecna wśród publiczności socjolog Ewa Michna potwierdziła istnienie pojedynczych przypadków Łemków uważających się za Polaków na podstawie swej przynależności państwowej, określając to zjawisko mianem "tożsamości paszportowej".

Wracając wszakże do czasów wcześniejszych, poruszono w dyskusji problem pojawienia się samej nazwy "Łemko". Jak mówił pan Hładyk, tak nazwali ich grupę etniczną sąsiedzi ze wschodu, Bojkowie, od charakterystycznego dla języka/dialektu łemkowskiego słowa "łem", oznaczającego "tylko". Dla samych Łemków była to nazwa przez długi czas obca i obelżywa, ale w końcu wśród nich się przyjęła. Również Polacy z bezpośredniego sąsiedztwa nie zwykli ich nazywać Łemkami, a raczej Rusinami.

Zależnie od punktu widzenia, różnie oceniano fakty i postacie z historii Łemków. Tak np. pan Hładyk oskarżał znanego pisarza łemkowskiego, Wanię Huniankę, o moskalofilstwo i współpracę z NKWD, podczas gdy dr Duć-Fajfer utrzymywała, iż był on raczej reprezentantem myślenia w kategoriach ogólnoruskich. Podobnie, choć zgadzano się co do faktu, że w Polsce międzywojennej dosięgło Łemków nieszczęście, różniono się co do tego, kiedy i w jaki sposób się ono zaczęło. Według pana Szafrana stało się to w roku 1934, kiedy w miejsce elementarza języka ruskiego (tak nazywano wówczas często ukraiński; nie należy mylić tej nazwy z nazwą "rusiński", wyrażającą aspiracje autonomiczne części Łemków, Bojków i Hucułów) wprowadzono elementarz języka łemkowskiego, zawierający dużo polonizmów, zaś w 1938 r. zupełnie wycofano ze szkół województwa krakowskiego języki mniejszościowe. Pan Kopcza początek nieszczęścia Łemków umiejscawia w okresie wcześniejszym, a mianowicie w 1926 r., kiedy na wniosek posłów ukraińskich przemianowano Rusinów na Ukraińców.

Nie zgadzano się również co do interpretacji historii najnowszej. Pan Hładyk skojarzył powszechne użycie terminu "Łemek" na określenie odrębnego narodu z koniunkturalizmem wywołanym negatywnymi konotacjami terminu "Ukrainiec" (rezun itp.) w okresie Polski Ludowej. Pani dr Duć-Fajfer odparła ten zarzut, podając przykład koniunkturalizmu a rebours: w czasie II wojny światowej to za rusińskość, nie zaś za ukraińskość, wywożono do Oświęcimia.

Ciekawą kwestią jest nauczanie języka/dialektu łemkowskiego w szkołach. Stowarzyszenie Łemków zarejestrowało w MEN program "Język łemkowski (rusiński) dla uczniów narodowości łemkowskiej w szkołach polskich". Jak poinformowała pani dr Duć-Fajfer, program ten realizowany jest w kilkunastu szkołach podstawowych i gimnazjach, a w tym roku po raz pierwszy w liceum przez łącznie ok. 200 uczniów. Liczba ta wykazuje powolną, ale stałą tendencję rosnącą. Mimo pozwolenia MEN na 3godziny w tygodniu, realizowane są najczęściej tylko 2, by nie przemęczać dzieci, dla których i tak są to dodatkowe zajęcia.

Niniejsza relacja obejmuje jedynie nieliczne spośród bogactwa wątków poruszanych w dyskusji. O jej ciekawości świadczy fakt, że przeciągnęła się o 1,5 godziny ponad zaplanowany termin.

02:37, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
Ruś Szlachtowska

http://www.jaworki.skpb.lodz.pl/okol_rus.html

Ruś Szlachtowska

 

 

 

Ruś Szlachtowska...
to nowa nazwa. Wprowadził ją 50 lat temu największy badacz Łemkowszczyzny, profesor Roman Reinfuss, na określenie społeczności zamieszkującej cztery zaledwie wsie na pograniczu Pienin i Beskidu Sądeckiego. Mieszkańcy Szlachtowej, Jaworek, Białej i Czarnej Wody w dolinie Ruskiego Potoku, dziś zwanego Grajcarkiem, byli najbardziej na zachód osiadłymi góralami ruskimi w Polsce. Od rdzennej Łemkowszczyzny oddzielał ich wysoki grzbiet Pasma Radziejowej i zasiedlona przez Polaków część doliny Popradu. Znacznie bliżej żyli ich pobratymcy z ruskich wsi na Słowacji: Litmanowej, czy Kamionki. Przez stulecia Rusini Szlachtowscy ulegali silnym wpływom kultury słowackiej i polskiej. Stąd odmienność języka ("jawirska howirka"), stroju, obyczaju, budownictwa - różniąca ich od "prawdziwych" Łemków zza Popradu.

Ruś Szlachtowska
- to nazwa od lat 40 nieaktualna... Od tylu mniej więcej lat nie ma bowiem Rusinów Szlachtowskich. W dużej części wyemigrowali zaraz po II wojnie światowej do USSR, w ramach dwustronnej wymiany ludności obcej etnicznie. Pozostałych wysiedlono w roku 1947 na Ziemie Odzyskane w ramach tzw. akcji Wisła. Dziś ludna kiedyś Biała Woda de facto nie istnieje; kilkanaście numerów z Czarnej Wody należy do Jaworek. Jaworki i Szlachtową zamieszkują głównie "nowoosiedleńcy" z Podhala. Dwie cerkiewki i dwa grekokatolickie cmentarze, kilka przydrożnych krzyży, garść nazw terenowych - oto ostatnie ślady niedawnej odmienności kulturowej tego obszaru. Dziś możemy jedynie próbować, choćby fragmentarycznie, odtwarzać dzieje Rusi Szlachtowskiej. W jej dawniejszą historię zajrzeć można poprzez stare dokumenty i zapiski. XX-wieczny wygląd wsi pamiętają najstarsi. Czasem znajdujemy ich jeszcze tu, na miejscu...Na bezdrożach historii (tekst Moniki Nyczanki)

Przeszłość Rusi Szlachtowskiej pełna jest niejasności i zagadek. Nie wiemy, kiedy pierwsi osadnicy pojawili się w dolinie dzisiejszego Grajcarka. Nie zachował się dokument lokacyjny żadnej z tutejszych osad. Możemy się domyślać, że Szlachtową, a pewnie i Jaworki, założono pod koniec XV wieku. Nie wcześniej, bo Długosz, rozpisując się w "Liber beneficiorum" o tych stronach, nic nie wie o osadnictwie nad Ruskim Potokiem (wymienił m. in. Tylmanową, Kłodne; Krościenko, a nawet "górę koło Gomoli" - czyli Homoli). I niewiele później, skoro w roku 1523 Szlachtowa istniała już w najlepsze (właśnie wtedy starosta muszyński Achacy Jordan wykupił jej sołectwo z rąk spadkobierców dotychczasowego posiadacza).

Nikt nie ma pewności kim byli pierwsi szlachtowianie - Polakami, czy pasterzami przybyłymi ze wschodu, a może z południa? Niewykluczone, że osada była pierwotnie polska. Jednakże ostatecznym dowodem polskości nie jest ani nazwa wsi, ani fakt, iż sołtys sprzed 1523 roku był najprawdopodobniej Polakiem (M. Matras) ani też informacja o darowaniu szlachtowskiej świątyni Ewangeliarza przez A. Jordana, katolika, albowiem w ówczesnej Rzeczypospolitej wielu narodów wyznawcy różnych religii żyli na ogół w symbiozie. Za pasterskim etnosem Szlachtowej i Jaworek świadczą niekorzystne dla polskiego osadnictwa rolniczego warunki geograficzne.

"Walasyn z Schlachtov"

W połowie XV wieku Wołosi są już w tym rejonie nieźle zadomowieni, jeśli, zgodnie z relacją Długosza, ufundowana przez Zygmunta Oleśnickiego w roku 1448 nowosądecka kolegiata ma m. in. "zjednoczyć dla obrządku katolickiego schizmatyckich Wołochów" (R. Reinfuss). Jednocześnie po południowej stronie Karpat asymilacja żywiołu pasterskiego postępuje o wiele sprawniej. Przyjrzyjmy się datom lokacji rusnackich wsi "zza Małych Pienin": Jarembina (1309), Kamionka (1315), Litmanowa (1370). Bardzo prawdopodobne, że wołoscy osadnicy w dolinę Grajcarka przywędrowali właśnie stamtąd, ze Spisza. Pisanym argumentem za wczesną, pasterska, genezą Rusi Szlachtowskiej jest dokument wydany przez kancelarię Zygmunta Starego w kwietniu 1508 roku - przywilej górniczy dla 26 osób. Wśród mieszkańców znanych karpackich i podkarpackich osad wymieniony jest tajemniczy "Walasyn z Schlachtov" (M. Matras). Czyżby chodziło o Wołocha ze Szlachtowej? W każdym razie dziwna zbieżność nazw...

Źródła, które nie pozostawiają cienia wątpliwości, pochodzą z drugiej połowy XVI wieku. Rejestr poborowy z 1581 roku zanotował nazwę Jaworki w ruskim brzmieniu, oraz określił ustrój Jaworek i Szlachtowej podając, że liczą w sumie 4 półdworzyszcza wołoskie. Jeśli więc wierzyć rejestrowi, populacja obu wsi w końcu XVI wieku jest dramatycznie mała; istnieją tu raptem cztery gospodarstwa. Znacznie lepiej sytuacja kształtuje się w 80 lat później. Według inwentarza z 1651 roku, Szlachtowa liczy 10 kmieci, Jaworki mają więcej o jednego zagrodnika; 9 zagrodników mieszka w Białej Wodzie, w Czarnej Wodzie jest ich pięciu.

Głównym obowiązkiem kmieci jest służba wojskowa w wybraniectwie do dyspozycji dziedzica. Dotyczy to również zagrodników - wszystkich w Białej Wodzie i jednego czarnowodzianina. Nie ma w tym fakcie nic nadzwyczajnego. Położone na polskich kresach osady butnych Wołochów nie powstają przecież bez powodu. M. in. przyświecają im cele "strategiczne". Obowiązkiem żołnierskim obarczany był na ogół kniaź, czyli sołtys, ale zdarza się, jak widać, że zaszczytną służbę mają pełnić wszyscy.

W związku z obciążeniem wojennym, inne ciężary w czterech wsiach nad Grajcarkiem są wyraźnie niższe. Tak więc szlachtowscy i jaworczańscy kmiecie płacą niezbyt wygórowany czynsz i odstawiają określoną ilość zboża (w sumie 30 wierteli), oraz spełniają typowe powinności pasterskie, tzn. płacą tzw. rogaczowe oraz rokrocznie dostarczają do dworu 3 jarzębie i 3 owce. Natomiast zagrodnicy z Czarnej i Białej Wody poza czynszem odrabiają po 12 dni przy koszeniu łąk i zbiórce zbóż, oraz mają wyrobić po 20 kóp gontów na poprawę dachów nawojowskich.

Uważny czytelnik zapyta pewnie, dlaczego Rusnacy spod Małych Pienin dbają o dachy w dalekiej Nawojowej. O, to dłuższa historia, musimy wrócić do czasów pierwszego zapisanego dziedzica Szlachtowej - Achacego Jordana.

W nawojowskim kluczu

Znany nam potomek podkarpackiego rodu Jordanów herbu Trąby zakończył pracowite życie w roku 1547. W rejestrze poborowym (1581) wymieniony jest kolejny posiadacz Jaworek i Szlachtowej - Piotr Nawojowski. Tenże Nawojowski, podobno spowinowacony z Jordanami (M. Matras), figuruje jednocześnie jako właściciel kilku wsi nad Kamienicą Nawojowską, prawym dopływem Dunajca. Są to: Nawojowa Góra (czyli Nawojowa), Kunina, Kamionki, Frycowa, Czaczowa, Chomrzyska (Homrzyska) i Maciejowa. Od stolicy swoich sądeckich dóbr wziął pan Piotr nazwisko, i w Nawojowej został po śmierci pochowany. Od jego czasów datuje się dziwny związek Rusi Szlachtowskiej z ziemiami nad Kamienicą Nawojowską. Aż do końca drugiej wojny światowej, te dwa dość odległe kompleksy wspólnie zmieniają właścicieli, zawsze pozostając w tym samym ręku. W efekcie kolejni gospodarze "doglądają" Ruś Szlachtowską z nawojowskiego dworu. Przy stanie ówczesnych dróg i złośliwym układzie grzbietów, Szlachtową od Nawojowej dzielił najmarniej dzień drogi.

W roku 1598 cztery już wsie w dolinie Ruskiego Potoku dostają się Lubomirskim. Ten świeżo wzbogacony ród wziął nazwisko od podgorczańskiej osady Lubomierz. W XVII wieku Lubomirscy dzierżyli największą własnością szlachecką na Sądecczyźnie (jeszcze w 1629 w kluczu nawojowskim 16 wsi, w 1651 już 26 wsi) będąc jednocześnie potentatami na skalę województwa krakowskiego: 91 wsi plus Wiśnicz. Po śmierci Józefa Karola Lubomirskiego, gospodarzem dóbr nawojowskich zostaje ożeniony z Marią Lubomirską Paweł Karol Sanguszko. O czasach jego energicznych rządów wiemy stosunkowo najwięcej.

Zboże, które w ziemi jest...

O tym, że góry "za Sączem" kryją nieprzebrane skarby, mówiono już dawno. Jeszcze w XII wieku legendarny rycerz Wydżga miał gdzieś w Pieninach na dużą skalę wydobywać złoto. Sam Długosz szczegółowo opisuje jak szukać skarbodajnej szachty w wąwozie Homole. O górnicze zamiary wobec Szlachtowej podejrzany jest Achacy Jordan (ród Jordanów skutecznie bogacił się w rozmaitych przedsięwzięciach górniczych, ojciec Achacego był żupnikiem krakowskim oraz poszukiwaczem srebra i ołowiu Tatrach i na Podhalu). Tradycja ludowa głosi, że Lubomirscy czerpali z ziemi szlachtowskiej wielkie bogactwa. Ile w tym prawdy, nikt nie wie. W każdym razie faktem jest, że kiedy Paweł Sanguszko postanowił raz na zawsze zwiększyć dochody ze swoich nowych górskich włości, w okolicy nie brakowało śladów wcześniejszych robót górniczych. O tych śladach a także o występującym w Górach Szlachtowskich "białym kruszcu", jest mowa w ekspertyzie sporządzonej na polecenie Sanguszki przez fachowców z Węgier.

W parę lat później Sanguszko wyłącza sprawy kopalnictwa kruszcowego z zakresu ogólnej administracji majątków nawojowskich, tworząc osobne przedsiębiorstwo górniczo-hutnicze z etatami inspektora gór nawojowskich i komisarza dla spraw górniczych. W latach 1732-40 na stokach Jarmuty nad Szlachtową prowadzone są prace kopalniane. Ściągnięci z Węgier i Saksonii górnicy drążą skałę, we wsi powstaje kosztowny zakład hutniczy. Całe przedsięwzięcie kończy się plajtą, czyli nieudanym wytopem. Pozostają natomiast dwie interesujące sztolnie i plik ciekawych dokumentów.

Zapiski Herr Bittenera

Sanguszko nie znał się specjalnie na kopalnictwie, ale chętnie zatrudniał specjalistów. Jego pełnomocnikiem w Szlachtowej został fachowiec górniczy, Niemiec z pochodzenia - Andrzej Bittener. Trzeba przyznać, że Bittenera los tą nominacją ciężko doświadczył. Ów obywatel świata, człowiek o szerokich horyzontach, trafił w zakątek, gdzie "diabeł mówi dobranoc". Nic dziwnego, że swemu zdziwieniu daje wyraz w korespondencji z Sanguszką. Zgrozą napawa go gospodarka w książęcych lasach. Lasy są zaniedbane, brak dozoru, leśniczych, czy gajowych. Złomiska i wykroty uniemożliwiają planową zwózkę, nawet wtedy, gdy pogoda sprzyja. Chłopi tną, gdzie chcą i co chcą, często zostawiając po prostu zwalone pnie. Zimą karmią stada pędami młodych drzew skutecznie likwidując młodniki. W najdogodniejszych dla siebie miejscach pasterze wycinają las i zakładają polany. Uderza go prymitywizm chat, w których żyją szlachtowianie. Pośpiesznie stawia więc duży piętrowy budynek administracyjny i mieszkalny na wzgórzu przy drodze wiodącej do cerkwi, zwany pałacykiem. (Jeszcze niedawno szlachtowianie nazywali to wzgórze pałatyszcze, nie potrafiąc zresztą wyjaśnić nazwy). W okresie budowy pałacyku, Bittener narzeka na brak cieśli-fachowców. Pisze, że do postawienia rusnackiej chaty wystarcza prosta umiejętność posługiwania się sznurem i toporem, a zatrudnieni przez niego tutejsi robotnicy budowlani z wiosną uciekli do prac polowych.

Z drugiej strony szlachtowianie, mimo iż kopalnia dawała im dodatkowy zarobek, nie byli chyba specjalnie zachwyceni obecnością Bittenera i obcojęzycznych górników. Wcześniej wieś żyła "samopas", bez kontroli. Z ramienia pana na miejscu urzędował wójt; zwierzchnik wójta - gubernator mieszkał w dalekiej Nawojowej. Lasy były książęce, ale leśniczy "swój". W okresie "kopalnianym" pojawił się ktoś, kto próbował zaprowadzić tu niemiecki porządek. Z interesujących dokumentów z tamtego okresu mamy listy płac ze spisem zatrudnionych, dające świadectwo ruskiemu imiennictwu. Aż roi się od Iwanów, Waśków, Hawryłów. Powtarzają się nazwiska Bialiwodzki, Lubak, Halczak. Potomkowie wymienianego Iwana Karpiaka dziś jeszcze mieszkają w Jaworkach, ostatnio w okazałym, piętrowym murowańcu na wysoki połysk...

Ostatni włodarze Gór Szlachtowskich

Po nieudanym wytopie kolejne wydarzenia to śmierć Sanguszki i rozbiory. W roku 1782 dobra nawojowskie (podobno wprost od kamery austriackiej - K. Pieradzka) kupiła Helena Apolonia Massalska, by w osiem lat później odsprzedać je za 451 tysięcy florenów polskich hrabiemu Franciszkowi Stadnickiemu. Rodzina Stadnickich, jedna z majętniejszych na Podkarpaciu, rezydowała od stuleci w dolinie Wisłoki, głównie w Żmigrodzie. Dopiero po pierwszym rozbiorze Ignacy i Franciszek poczynili rozległe zakupy ziemskie bardziej na zachód, z rąk skarbu austriackiego. Tym sposobem Nawojowa została kolejną stolicą Stadnickich. Gospodarzyli tu praktycznie do roku 1945. Przez ostatnie 100 lat ich kontakty z Rusią Szlachtowska ograniczały się do okolicznych lasów.

Monika Nyczanka

tekst publikowany był w Magurach '86, wyd SKPB Warszawa, Warszawa 1986

Ruś Szlachtowska

01:20, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
Z Beskidu Niskiego i Łemkowyny

Z Beskidu Niskiego

i Łemkowyny

Witam serdecznie wszystkich miłośników Beskidu Niskiego i Łemkowyny. Szczególnie Ci stęsknieni za Beskidem i oddaleni od Beskidu (jak ja) mam nadzieję z przyjemnością przejrzą kolejne materiały na stronie www.beskid-niski.pl
 
1. Czyż nie raz wędrując po Beskidzie nie zauważyliśmy kłębów gryzącego dymu unoszącego się nad beskidzkimi dolinami? Pewnie tak... i każdy dobrze wie, że są jeszcze takie miejsca gdzie dymią retorty.
Ale czy wiemy jak wygląda praca współczesnych węglarzy? Nie różni się ona zbytnio od tej jaką wykonywali kilkanaście i kilkadziesiąt lat temu. Technika wypalania węgla drzewnego jest niezmienna.
"Węglarze z Rostajnego" - to świetny reportaż-wywiad autorstwa Bożeny Jurkowskiej opatrzony ciekawymi fotografiami.
 
 
http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/tematy/retorty
 
 
2. XXIV Łemkowska Watra w Zdyni przeszła już do historii a ja polecam przejrzenie kolejnej galerii zdjęć z Watry. Tym razem pełne ekspresji i zrobione z wielkim (łemkowskim) sercem zdjęcia Bogusi Gruszczyńskiej-Kozan. Jej poetycka dusza, niektóre zdjęcia przysposobiła metaforycznymi opisami.
 
 
http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/galeria&path=/lemkowie/imprezy/watra2006b
 
 
3. Zapraszam również do uzupełnionej galerii zdjęć i krótkiego podsumowania święta "Od Rusal do Jana", które odbyło się w Zyndranowej.
 
4. I jeszcze jedna informacja z "beskidzkiego forum". Udało się nareszcie opanować tak zniechęcający do dyskusji atak "sieciowego spamu" a dla miłośników "cmentarzy wojennych" został utworzony specjalny dział, w którym mogą swobodnie wymieniać swoje poglądy.
 
Do zobaczenia od piątku na beskidzkich szlakach. Znów w ukochanym Wołowcu :-))
 
Pozdrawiam
 
Bartłomiej Wadas
gg 4636245
-----------------------------------------------------------
www.beskid-niski.pl
"Sercu bliski
Beskid Niski"
-----------------------------------------------------------
Newsletter portalu: http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/subskrypcja
 
01:07, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 sierpnia 2006
Rusini pod Tatrami

GDZIE KOŃCZY SIĘ RUŚ,

A GDZIE ZACZYNA POLSKA?

Rusini pod Tatrami

Dzieciństwo spędziłem w Białym Dunajcu. Dwa brzegi od tej wioski, w Ošturni na Słowacji jest ostatnia, albo pierwsza, rusińska wioska. Karpaty nigdy nie były ziemią zarezerwowaną przez Boga dla jednego narodu. Do dziś wiele miejsc w Tatrach ma ukraińskie nazwy – choćby Rusiński Wierch w Bukowinie Tatrzańskiej, Rusinowa Polana czy Wołoszyn. W Tatrach jest Hawryłówka, a nie Gabryjelówka... Nie wspomnę o wszystkich Magurach i Kiczorach.

Dla wielu Polaków Polska kończy się na przedpolach Moskwy, dla wielu Ukraińców Ukraina jest od Donu po Dunajec.

Czas chyba przypomnieć koncepcję Jana Załuskiego, według której Górale Podhalańscy, mieszkający u stóp Tatr wykształcili, swoją oryginalną tożsamość, u podstaw której znalazł się żywioł ruski i osadnictwo niemieckie, które wchłonęło element polski [Zob. Jan Załuski, “Uwagi nad «Rysem ethnograficznym Galicji i Bukowiny» umieszczonym w części literackiej «Czasu» nr 36 i 37”, “Czas” (Kraków) 1851, nr 44.]. Jan Załuski dopatrywał się w Rusinach pierwotnych mieszkańców Podhala. Juliusz Zborowski omawiając publikację Jana Załuskiego, przytacza opinię, iż Górale Podhalańscy potomkami niemieckich kolonistów z Saksonii, osiedlonych przez Bolesława Chrobrego na pustych wówczas obszarach pod Tatrami, pierwotnie zaludnionych słabo przez Rusinów. Dowodem ma być data – 1073 r. – erekcji kościoła we Frydmanie na Spiszu należącym wtedy do Polski. Dowodem sa także nazwy miejscowe: Szaflary, Waksmund, Szlembark, Czorsztyn, Grywałd, a na Spiszu Frydman, Falsztyn, Dursztyn, Gybel, Rychwałd i Trybsz. Potomkowie kolonistów rozrodzili się i spokrewnili z tubylczymi Rusinami, po czym wchłonęli w siebie polski element sołtyski i włościański. Po zupełnym spolszczeniu się i zasymilowaniu ruskiego żywiołu przeistoczyli się w dzisiejszych Górali. Ślady pierwotnych mieszkańców są do dziś dnia widoczne po ruskich napisach na chrzcielnicach i dzwonach, np. na chrzcielnicy w Łopusznej” [Zob. Juliusz Zborowski, “O pochodzeniu górali”, [w:] “Pisma Podhalańskie” t. II, Kraków 1972, s. 46-52. O wpływie ruskiej sztuki na podhalańskie kościoły pisał Józef Łepkowski.].

A więc to Rusini byli pierwotną, tubylczą ludnością Podhala.

Michał Kowaluk

Biały Dunajec, 23 lipca 2006 roku

07:13, kovaliv
Link Komentarze (1) »
Podanie o s'loonske obywatelstwo

PODANIE O S'LOONSKE OBYWATELSTWO


Minister Spraw Zagranicznyh - Minister of Foreign Affaires - Auswärtiges Amt
msz@republikasilesia.com
msz@republikasilesia.com
APPLICATION FOR SILESIAN CITIZENSHIP
Antrag auf Erstellung der Schlesischen Staatsangehörigkeitsausweises
Schlesische Staatsbürgerschaft
Wszyske adresy soom tajne, niy emaile - All addresses are confidential accept emails

http://www.republikasilesia.com/
Nach einem sog. Hackerangriff wurden am 2.2.2006 alle Daten am Server von haGalil.com gelöscht.

06:42, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 sierpnia 2006
Tatry płaczą

Tatry płaczą

Tekst pochodzi ze strony Macieja Pinkwarta www.pinkwart.z-ne.pl 


Wiatr uderzył 19 listopada 2004 roku. Było piątkowe popołudnie. Przez kilka godzin wiał z prędkością ponad 170 km na godzinę. W sobotę rano las w rejonie Vysoké Tatry zniknął. Największe centrum turystyczne Słowacji zmieniło się w krajobraz księżycowy. Droga Wolności biegnie przez polanę. Pas od Podbańskiej do Ździaru, długości około 60 km i szerokości 10 km oglądany z helikoptera przypomina równiny przy węgierskich granicach. Z bliska obraz kataklizmu jest straszny. Drzewa, przeważnie świerki, wywrócone jak kostki domina sterczą talerzami płaskich korzeni ku niebu, jakby wygrażając Stwórcy w niemym proteście przeciw bezduszności przyrody – która sama uderzyła w najpiękniejszy przyrodniczo obszar kraju naszych sąsiadów. Hekatomba przypomina miejsce kaźni lub frontowej bitwy. Trupy zwalonych drzew leżą na sobie tworząc miejscami ścianę wysokości dwóch pięter.  Gwałtowność huraganu uwięziła na szosie w rejonie Smokowca kilkadziesiąt samochodów, w tym trzy autokary. Zginęła jedna osoba, przygnieciona konarem drzewa. Zadziwiające, że tylko tyle. Kierowca polskiego autokaru opowiadał, że kiedy już udało się otworzyć przywalone gałęziami drzwi, nie można było wyjść nigdzie dalej. Droga, jakakolwiek droga ginęła w chaszczach. Strażacy przez kilka godzin „wypiłowywali” ścieżki ewakuacyjne. Niektórych – jak młodą matkę z dwojgiem dzieci, uwięzioną w leśniczówce – po bezsennej nocy ewakuowano helikopterem z Kieżmarskich Żłobów. Jedno dziecko ma trzy lata. Drugie – dwa tygodnie...


Kilka miejscowości podtatrzańskich było całkowicie odciętych od świata. Do zapór ze zwalonych drzew doszły zaspy śnieżne i fakt, że wichura zerwała linie energetyczne. Walące się z hukiem drzewa, przelatujące w powietrzu fragmenty dachów, elementy kolejek linowych, nie umocowane drobiazgi, jakich zawsze pełno przy każdym domu, ciemność, mróz i brak jakiegokolwiek kontaktu ze światem – tego doświadczyli mieszkańcy i goście miejscowości Wysokich Tatr. Nie działały telefony, nawet radiostacje Horskiej Służby nie mogły się ze sobą porozumieć. Komórki, z których rozpaczliwie wzywano pomocy, milkły w miarę jak wyczerpywały się ich baterie lub wyłączał się prąd w przekaźnikach. Pandemonium.


Do Wyżnich Hagów służby ratunkowe przebijały się przez dwa dni. Była to dosłownie walka o życie, bowiem w jednym z tamtejszych sanatoriów znajdowała się kobieta, która w niedzielę musiała zostać poddana dializie nerek w Popradzie. Zdążyła dojechać w ostatniej chwili. W Dolnym Smokowcu w jednym z dziecięcych sanatoriów wichura zerwała dach i setka dzieci z 20 osobami obsługi zabarykadowała się w piwnicy, bez światła i ogrzewania. Personel dysponował 200 litrami oleju napędowego i tym udało się ogrzać i oświetlić miejsce uwięzienia, do momentu gdy dotarli do nich  ratownicy. W Szczyrbskim Jeziorze, w najbardziej luksusowych hotelach „Patria”, „Panorama” i „FIS” uwięzionych zostało przeszło tysiąc gości, którzy przyjechali na ostatni weekend jesiennego sezonu. W sobotę wieczorem, w dobę po katastrofie, zaczęło brakować jedzenia. Omal nie wybuchła groźna panika. Żywność, zgromadzona w lodówkach szybko się skończyła, zwłaszcza że część gości zaczęła - kosztem innych - chomikować jedzenie. Jednak w dzisiejszych czasach restauracje nie robią większych zapasów i hotele po prostu nie były przygotowane na taką ewentualność. Ciężkie ciągniki dotarły do gości przed porą niedzielnego obiadu. Burmistrz Wysokich Tatr, Josef Vilím już zastanawiał się nad możliwością ewakuowania ich helikopterami. Ale jak wywieźć helikopterem tysiąc osób?


Burmistrz Vilím nie ma gdzie urzędować – na jego biuro w Smokowcu zwaliły się trzy drzewa. On sam w tym czasie był w... Zakopanem, gdzie odbywała się wspólna sesja samorządów Zakopanego, Popradu i Wysokich Tatr. Obradowano na temat projektu transgranicznej współpracy samorządów, finansowanego przez Unię Europejską z funduszy Phare. Z trudem wrócił na pierwszą wiadomość o katastrofie. Teraz apeluje o pomoc. O pieniądze, o piły motorowe, o zwiększone siły policji, bo wokół zniszczonych domów już przemykają cienie szabrowników...


Z Tatrzańskiej Polanki, z Dolnego Smokowca i innych ukrytych dotąd w głębi lasów miejscowości rozciąga się teraz szeroki, niczym nie przesłonięty widok na miasto Poprad. W Popradzie, gdzie nie bardzo lubią biznesmenów z Wysokich Tatr, żartują od soboty, że teraz w mieście podrożeją mieszkania, bo z większości z nich będzie wspaniały widok na nie okryte lasami Tatry.


Słowacy ponuro przypominają sobie, że ich kraj miał starać się – po raz kolejny – o przyznanie im organizacji Zimowej Olimpiady, której konkurencje miały w znacznej części odbywać się w Wysokich Tatrach. Zniszczone skocznie, kolejki linowe, hotele i schroniska – wszystko to może będzie wymagało 30 lat odbudowy. Zrozpaczeni mieszkańcy Wysokich Tatr prognozują, że może i za sto lat ośrodki turystyczne nie powrócą do stanu przed pechowego piątku. Liczą tylko na to, że miliony koron, które miały iść na inwestycje olimpijskie, zostaną teraz przeznaczone na odbudowę zniszczeń. Pomoc przyrzekł premier Dziurinda, który nie mógł w sobotę osobiście obejrzeć miejsca katastrofy, bo miał gorączkę i leżał w łóżku...


Słowacy mają łzy w oczach. Byli świadkami największej katastrofy ekologicznej w dziejach ich młodego kraju. Największy ich skarb, Tatry, został zniszczony. My tutaj, po tej stronie grani, nie zdajemy sobie do końca sprawy, jakie znaczenie mają Tatry dla Słowaków. Tam niemal każde miasto ma kino, teatr, restaurację albo choćby sklep o nazwie „Tatry”, Tatry to symbol ich niezawisłości, nieugiętości, ostoja samodzielności narodowej. W znacznie większym stopniu niż w Polsce rola najwyższych gór w kraju jest rolą symboliczną, jednoczącą naród. Doroczne vylety na Krywań były nie tylko manifestacją anty-węgierską, anty-habsburską czy anty-czeską, były miejscem spotkań dzielnego narodu, który przetrwał tak wiele krzywd ze strony najeźdźców, sąsiadów i rozmaitych uzurpatorów, którzy za Słowaków usiłowali rządzić ich krajem. Teraz przyszło im zmierzyć się z kataklizmem przyrodniczym.


Hotele, wyciągi, skocznie da się zapewne prędko odbudować. Drzewa jednak rosną powoli. Strat po listopadowym huraganie jeszcze nie obliczono. Szacuje się tylko, że zniszczonych zostało 3 miliony kubików drewna. W 1968 roku, kiedy u nas był katastrofalny halny, który z siłą huraganu uderzył na Tatry -  powalonych zostało 300 hektarów drzew. Na Słowacji ówczesny wicher zniszczył ponad tysiąc hektarów. Teraz może to być kilkakrotnie więcej. Las w Wysokich Tatrach, który w piątkowy wieczór zniknął z powierzchni ziemi, rósł przeszło 70 lat. Ile czasu będzie trzeba, by tak rozległa rana się zabliźniła? Po 20 latach już będzie nowy las, ale młody i słaby. Dobrze, by posadzono las mieszany, który jest bardziej odporny wobec wiatru. A sądzić należy, że zmiany klimatyczne mogą nam w przyszłości zafundować jeszcze niejeden huragan. Wichura pozabijała wiele zwierząt. Te, które przeżyły, nie mają się gdzie podziać i będą próbowały migrować w inne, nie zniszczone rejony. Czy zdołają przekopać się przez śnieg, przez potrzaskane drzewa i czy ujdą rękom kłusowników? Czy wrócą tu kiedyś?


Jak możemy pomóc Słowakom i Wysokim Tatrom? Już niedługo zacznie się zimowy sezon. Gdzie będą czynne wyciągi i jakie tereny będzie można wykorzystywać narciarsko i turystycznie – dowiemy się niebawem. Na pewno jeszcze w tym roku pojeździmy na stokach Średnicy w Ździarze, może nawet w Szczyrbskim Jeziorze, może na Siodełku w Smokowcu. A tymczasem okażmy sąsiadom życzliwość i serdeczność. Dziś padło na nich. Ale Tatry są wspólne i ich nieszczęście jest także naszym nieszczęściem. Jeśli nie będziemy – to szczęście w nieszczęściu! – wygłupiać się przed światem z kolejnym projektem olimpijskim, to może będziemy mieli wspólny projekt rekonwalescencji Wysokich Tatr po piątkowej katastrofie. Może Zakopane – i inni miłośnicy Tatr - poza życzliwością oddadzą na Tatry trochę pieniędzy? Konto pomocy - 1670490007/5600. Szczegóły - TUTAJ. Majte sa!


Dobrze by może było, żeby centralne media potrafiły urwać kilka cennych minut z relacji o kolejnych kłótniach polityków, losach skorumpowanych posłów i nieposłusznych prałatów, by pokazać nieszczęście naszych sąsiadów i zaapelować o pomoc dla nich. To jest najważniejsze wydarzenie tego roku, a kto tego nie czuje, ten trąba. Bynajmniej nie powietrzna. Jest to także doskonałe pole do popisu dla polskich władz Euroregionu "Tatry", które w tej sprawie mogłyby znaleźć świetne zastosowanie dla niemałych środków finansowych, gromadzonych z funduszy europejskich i ze składek podatników. Może nawet lepsze niż kolejny festiwal oscypka lub następne kongresy na temat coraz lepszej współpracy transgranicznych urzędników. Tatry są w potrzebie - ruszcie się zza biurek!


(Zdjęcia i część informacji z portalu www.tatry.sk i www.sme.sk, dziękuję! Dziękuję też Markowi Minarczukowi z polskiej ambasady w Bratysławie za współpracę i gorąco pozdrawiam Zuzanę Fabianovą ze Szczyrbskiego Jeziora, którą huragan uwięził w pracy...)

Maciej Pinkwart
2004.12.06

08:50, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
Moc z charakterem?

Moc z charakterem?

"Tatra Mocne "

Rozmyślania Józka Strachoty

To nie reklama. Oto przykład w jaki sposób Polacy rozpijają nas Górali. Wykorzystują naszą skłonność do spyrtnych napojów. Rozpijali nas Niemcy. Rozpijali nas Polacy na usługach komuny, rozpijają nas i teraz. Wykorzystują nasze symbole by rozpijać też Polaków.

Moc z charakterem? Głupiście cepry! Od tego, że będziecie pić piwo "Tatra Mocne" nie przybędzie wam charakteru, a ubędzie chęci do naprawy Waszej i naszej Rzeczypospolitej.

Józek Strachota

08:38, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 sierpnia 2006
Rzeczpospolita Góralska

Rzeczpospolita   Góralska

Poczta - Tygodnik "Wprost" Nr 1053 (02 lutego 2003)
http://www.wprost.pl/ar/?O=38794&C=57

Sławomir Sieradzki należy do licznej (i rosnącej) rzeszy rozkochanych w góralszczyźnie ("Rzeczpospolita Góralska", nr 1). Do spostrzeżeń autora chciałbym dodać kilka swoich, pod Giewontem mieszkam od 1982 r. Przed 1989 r., gdy "wybory" były bojkotowane, w Zakopanem i na Podhalu odsetek biorących udział w tym przedstawieniu był większy niż w innych regionach Polski. Powodem udziału w wyborach był strach przed władzą, która na przykład mogła nie dać paszportu. Kolejny problem to Goralenvolk. Przez wiele lat mówiono, że do organizacji Wacława Krzeptowskiego wstępowali nieliczni. Według najnowszych badań szacuje się, że do Goralenvolk należało 80 proc. górali. Później większość wystąpiła. Zgadzam się natomiast z tym, że górale są przedsiębiorczy i potrafią dochodzić po sporych majątków.

Sławomir Jankowski

10:16, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
Teresa Kuczyńska (2)

Teresa Kuczyńska

Goralenvolk (2)


Klucz w IPN

Na dębowym stole w kuchni Marii i Józefa Krzeptowskich-Jasinków leży ostatni numer „Na placówce” – pisma miejscowego stowarzyszenia Porozumienie Orła Białego. Na okładce hit numeru: „Goralenvolk”. W następnym numerze czytelnicy znajdą odpowiedź na pytanie: „Gdzie spoczywają prochy Wacława Krzeptowskiego?”. Tę tajemnicę odkryje Józef Krzeptowski-Jasinek. – Zapowiedź – uśmiecha się gospodarz – zmusiła naczelnego redaktora, Wojciecha Orawca, do dodrukowania egzemplarzy.

Dla zakopiańczyków sprawa Goralenvolku nie jest zamknięta. Wielu uważa, że całą prawdę o Wacku kryją utajnione dotąd dokumenty. Krzeptowski-Jasinek, wraz z żoną Marią autor monumentalnej genealogii góralskich rodów, zabiega o dostęp do takiego archiwum. Na Podhalu trudno o bardziej kompetentną osobę – ten inżynier od budowy mostów, praprawnuk Sabały, doskonale porusza się w gąszczu jednakowo brzmiących góralskich nazwisk, choć dotyczą one całkiem różnych osób. Wraz z architektem Stanisławem Karpielem, też od pokoleń osadzonym na Podtatrzu, zastanawiają się nad motywami postępowania Wacka. Jedno nie ulega wątpliwości: góralski „führer” pochodził z bardzo porządnej, katolickiej rodziny. Dlaczego więc stał się zaprzańcem? Bo pewnych faktów nie można wymazać.

Jesień 1939. Na Wawelu rozsiada się gubernator Hans Frank. Z Zakopanego udaje się na Jasną Górę pielgrzymka górali. Paradne haftowane cuchy, kapelusze z muszelkami. Koszty wyprawy pokrywa Witalis Wieder – oficjalnie kapitan Wojska Polskiego, w ukryciu zakopiański przedstawiciel Abwehry. Po powrocie pątnicy opowiadają, że Niemcy nie są tacy źli, skoro żarliwie modlą się do Czarnej Madonny.

Kilka tygodni później delegacja górali ofiarowuje Frankowi złotą ciupagę. Hołdowników prowadzi na Wawel Wacław Krzeptowski, przedwojenny prezes Stronnictwa Ludowego w Nowym Targu. Niemcy zwracają się do niego do per Goralenfurst – góralski książę. Wkrótce rewizyta – przy triumfalnej bramie ze smreków – niemieckiego gubernatora w Zakopanem. Karolina Rojowa, która kłaniała się okupantom na Wawelu, wiesza na belce pod powałą, między malowanymi na szkle obrazami świętych, portret Hitlera.
Związek Górali – reaktywowany za podszeptem Niemców – układa memoriał o pochodzeniu polskich górali od germańskich Ostrogotów. Zostanie wysłany do Franka wraz z prośbą, aby zaspokajał potrzeby tego „odrębnego szczepu”. To akt erekcyjny Goralenvolku. Pod memoriałem podpisują się górale: Wacław Krzeptowski, jego dwaj kuzyni Stefan i Andrzej Krzeptowscy, Józef Cukier, Jędrzej Wawrytko, oraz dwóch ceprów: Witalis Wieder i Henryk Szatkowski.

Wacław Krzeptowski wnosi do Goralenvolku szanowane na Podtatrzu nazwisko i znajomości w przedwojennych sferach rządowych. Ukrywał Witosa w czasie przewrotu majowego, do kościoła w Kościelisku prowadził pod ołtarz prezydenta Mościckiego. A gdy w 1938 r. ród Krzeptowskich postanowił na familijnym zjeździe ufundować dla polskiego wojska ciężki karabin maszynowy, ochoczo rzucił datek do kapelusza.

– Ale był też hycel na baby, lubił się zabawić – zauważa Krzeptowski-Jasinek (mimo podobnego nazwiska genealogicznie z innej gałęzi). Narobił długów, jego majątek miał być zlicytowany

3 września 1939 r. Niemcy wstrzymali egzekucję.

Stefan i Andrzej Krzeptowscy – kuzyni Wacława. Pierwszy jest lekarzem, drugi oficerem rezerwy wojska polskiego i znanym sportowcem. Jak to się mówi na Podhalu, nie dziady, jeśli chodzi o majątek.
Henryk Szatkowski. Doktor praw, po studiach w Krakowie, Wrocławiu i w Berlinie. Do Zakopanego zjechał w latach 30. w niewygasłej jeszcze aureoli legionisty. Tu ożenił się z Marysią Stopkówną, córką znanego na Podhalu Wojciecha Stopki Mocarnego. Szatkowski oprócz młodopolskiego zauroczenia góralszczyzną miał jeszcze jedną fascynację – była nią niemiecka kultura, niemiecki Ordnung. To on był mózgiem Goralenvolku. Twierdził, że pierwsi osadnicy pod Tatrami byli Ostrogotami uciekającymi przed zastępami Hunów. Na Podhalu, nim wchłonęła ich dzicz słowiańska, pozostawili takie ślady jak kształt góralskiej spinki i łudząco podobne do swastyki krzyże z połamanymi ramionami, które ryto nad wejściem do gazdówki. Dlatego powinni się zorganizować w odrębne księstwo.

Ale czy wszystkie działania okupacyjne Szatkowskiego wypływały tylko z przyjętej ideologii? Mieszkający dziś w Zakopanem wnuk Szatkowskiego, Wojciech, obronił na UJ pracę magisterską o Goralenvolku. Wspomina w niej, co słyszał w rodzinnym domu: hitlerowcy szantażowali dziadka. Dogrzebali się w jego papierach, że miał babkę o nazwisku Weiser. Mogła być Żydówką.

A może Szatkowski był rezydentem niemieckiego wywiadu w Zakopanem, jak twierdzi Jan Berghauzen, autor książki o Podhalu w czasie okupacji? Wnuk ideologa Goralenvolku nie słyszał o jakichkolwiek dokumentach, potwierdzających takie informacje. Nie chce się szerzej wypowiadać na ten temat, uważa bowiem, że zagadnienie wymaga opracowania naukowego.

Nie będzie góralskiej dywizji SS

W 1942 r. pod dyktando Niemców powstaje Goralisches Komitee (Komitet Góralski) – niby-rząd, niby-samorząd z siedzibą w Zakopanem i oddziałami w innych miejscowościach Podhala. Kieruje nim Wacław Krzeptowski. Komitet wydaje niebieskie kenkarty z literą G na pierwszej stronie. Kto w przeprowadzanym właśnie spisie potwierdzi, że jest góralem (inne opcje: Ukrainiec, Polak, Żyd, Cygan), może liczyć na uznaniowe zasiłki, dostęp do sklepów za żółtymi firankami. Pieniądze są od okupanta (patrz: ramka).

Do dziś nie wiadomo, kto przyjął góralską kenkartę dobrowolnie, a kto z lęku przed wywózką do lagru czy na roboty. – Trzeba też pamiętać – dodaje Krzeptowski-Jasinek – o utrwalonym na tych ziemiach przekonaniu, że z okupantem można się jakoś dogadać, byle nie chwytać za broń.

Ale byli tacy, którzy nie dali się zastraszyć. Jak Władysław Gąsienica – gdy działacze Goralenvolku tłumaczyli mu, że skoro nosi góralskie portki, powinien wziąć niebieską kenkartę, odparł: „Portki góralskie, ale to, co w portkach, polskie”.

Niemcy konsekwentnie realizują plan utworzenia księstwa góralskiego. Stanisław Karpiel wspomina, jak w styczniu 1943 r. była formowana Goralische Division SS. – Najpierw szukali ochotników. (Obietnicą wysokiego żołdu albo szantażem wywózki na roboty). Ale zamiast planowanych 10 tys. zgłosiło się 300 górali. Setka zwerbowanych odpadła już na pierwszy rzut oka. Przyjętych posadzono za stołami pełnymi jadła i wódki. Potem podstawiony pociąg miał ich zawieźć na obóz szkoleniowy dla cudzoziemskich formacji SS we wsi Trawniki w województwie lubelskim. Ale dojechało ledwie kilkunastu górali. Gdy tylko wódka wyparowała im z głów, zaczęli wyskakiwać z pociągu. Skończyło się więc na niczym. – Ale za obietnicę utworzenia dywizji – twierdzi Stanisław Karpiel – Wacek ściągnął z Niemiec 60 naszych jeńców wojennych. W tej grupie byli mój wujek, Stanisław Ślimak, i przewodnik tatrzański, Stanisław Marusarz.

Irena Marusarz, córka działającego w Goralenvolku Andrzeja Krzeptowskiego, pamięta słowa ojca po odprawie ochotników do Goralische Division SS.

– Nie tak miało być – powtarzał. Pani Irena przypuszcza, że ojciec już wtedy utracił wiarę, że kolaborując z okupantem, będzie mógł skrycie pomagać swym rodakom.

– Bo robił to od pierwszego dnia okupacji – twierdzi moja rozmówczyni. – Ze sklepu, który Niemcy pozostawili mu w dowód szczególnych łask, nocą stale były wynoszone jakieś paczki z zaplecza. Pewnie dostawała któraś partyzantka.

Pomagał też Wacław. – Byłem chłopaczkiem, gdy pojechałem furmanką z naszych Kościelisk do Zakopanego – wspomina Józef Krzeptowski-Jasinek. – Matka gdzieś poszła, a ja zamiast pilnować konia, wdrapałem się na płot getta i... przeleciałem na żydowską stronę, popchnięty przez strażnika. Matka pobiegła po ratunek do Wacka. Przyjechało na motorze dwóch gestapowców i wyciągnęli mnie...

Ponoć istniały listy uratowanych przez Wacława Krzeptowskiego więźniów obozów koncentracyjnych, jeńców – w sumie może 300 ludzi – ukryte u jego sąsiada, Stanisława Nędzy-Kubińca. Gdzie są dzisiaj – nie wiadomo. Osoby wtajemniczone nie żyją.

– Nawet Szatkowski – twierdzi Stanisław Karpiel – wspierał górali. Gdy po wywiezionym do Oświęcimia właścicielu manufaktury pamiątek z Podtatrza przejął tę produkcję, wystawił kilka tysięcy lewych zaświadczeń chroniących od wywózki na roboty przymusowe.

Czy te dobre uczynki mogą zrównoważyć pastwienie się hitlerowców nad Polakami z Podhala? Z samego Zakopanego rozstrzelano lub zamordowano w obozach koncentracyjnych 800 górali.

Trzeba uciekać

Od fiaska Goralische Division SS Niemcy nie traktują już Krzeptowskiego jak góralskiego księcia. Gdy jesienią 1944 r. gestapowcy przychodzą do jego gazdówki, chowa się w piwnicy. Nazajutrz z kasą Komitetu Góralskiego ucieka w Tatry. Wie, że Niemcy wydali list gończy z obietnicą nagrody za jego głowę. Przeskakuje na Słowację, gdzie przygarnia go sowiecki oddział partyzancki. Gdy i tam Niemcy depczą mu po piętach, wraca na polską stronę Tatr.

Pali się też grunt pod nogami Henrykowi Szatkowskiemu. Jego żona Maria prosi, aby uciekał z Podhala, nim odejdą Niemcy. Ona zostaje – nie wzięła góralskiej kenkarty. Żegnają się; dla Marii to tragedia, bo byli udanym małżeństwem. I – runięcie w biedę. Ale nie da się, ich dzieci pójdą na studia.

Henryk Szatkowski dotrzymał danego żonie słowa, że na zawsze zniknie nie tylko z Zakopanego, ale i z jej życia. Ale z czasem jakieś wieści o nim docierały na Podtatrze. Krakowski „Dziennik Polski” z listopada 1946 r. podał, że ktoś widział Szatkowskiego w Londynie, w mundurze armii Andersa. Innym razem ktoś słyszał, że Szatkowski był zakonnikiem w Rzymie. Po latach córka Szatkowskiego pójdzie tym tropem, bezskutecznie.

W ostatnich dniach okupacji zniknął też z Zakopanego Witalis Wieder. Co się z nim dalej działo – nie wiadomo. Gdy już po wojnie Muzeum Tatrzańskie kolekcjonowało zdjęcia członków Goralenvolku z oficjalnych uroczystości, zauważono, że Witalis nigdy nie odwrócił się twarzą do aparatu.

Andrzej Krzeptowski, kuzyn Wacka, brat Stefana, też zamierzał uciec. Nie udało się. Wpadł w ręce UB. Dopiero w latach 50. rodzina dostała wiadomość, że zmarł w 1945 r. w krakowskim więzieniu. Pani Irenie przyśniło się, że zdążył połknąć cyjanek, który podobno nosił w plombie.

Stefan Krzeptowski, aresztowany tuż po zakończeniu wojny przez NKWD, zginął w sowieckim łagrze. Zmarł na rękach Józefa Krzeptowskiego, swego stryjecznego brata, legendarnego kuriera AK, po wejściu Armii Czerwonej zesłanego na Sybir.

Józef Cukier stanął przed PRL-owskm sądem. Dostał 15 lat więzienia. Dzięki amnestii wrócił do Zakopanego po kilku latach. Do końca życia cieszył się opinią porządnego górala. – Jego pogrzeb – wspomina Józef Krzeptowski-Jasinek – zgromadził tłumy.

Z tych Krzeptowskich

W ludowej Polsce za winy ojców cierpieli ich najbliżsi. – 12-letniej Ireny, córki Andrzeja Krzeptowskiego, nie chciano po wojnie przyjąć do szkoły. Do jej matki strzelało NKWD – ukryła się w piwnicy.

Potem latami procesowali się o majątek (domy, parcele – rodzina Andrzeja Krzeptowskiego od pokoleń należała do bogatszych w Zakopanem), który, gdy po wojnie doszło do procesu założycieli Goralenvolku, w dużej mierze został zawłaszczony przez miejscowych górali. Niektóre cenne przedmioty wróciły do właścicieli. Ale większość nieruchomości, które udało się sądownie odzyskać, ostatecznie zabrała nowa władza, stosując tzw. domiary.

Stygmat córki kolaboranta towarzyszył Irenie Marusarz przez całe dorosłe życie, ilekroć musiała coś załatwić w urzędzie. Np. gdy starała się o pracę, powiedziano jej, żeby szukała poza granicami Zakopanego. Przyjęli ją w nadleśnictwie. Nie mogła też być przewodniczką tatrzańską, choć zdobyła odpowiednie kwalifikacje.

Nie zauważyła natomiast jakiejś niechęci ze strony górali. Wręcz odwrotnie. Jej córka Grażyna wspomina, że gdy uczyła się w liceum Kenara, podszedł do niej powszechnie szanowany sędziwy Byrcyn (rzeźbili jego głowę) i zapytał, czy jest wnuczką tego Andrzeja, który pomagał głodującym w czasie okupacji.

Nie do obrony

Trzydziestokilkuletni wnuk Henryka Szatkowskiego nie znajduje żadnych okoliczności łagodzących: – Goralenvolk to była zinstytucjonalizowana i największa polska kolaboracja z Niemcami. Ale winnych należy szukać nie tylko na Podhalu – twierdzi. – To przede wszystkim Niemcy, a nie górale stworzyli Goralenvolk i od tej strony należałoby badać to wydarzenie.

Postawę: „nie ma przebaczenia” przyjmuje urodzony po wojnie Wojciech Orawiec, prawnik, przewodniczący stowarzyszenia Porozumienie Orła Białego, któremu patronują Piłsudski i Augustyn Suski. Ten drugi jest twórcą okupacyjnej Konfederacji Tatrzańskiej, powstałej w opozycji do Goralenvolku. Suski – stryj Orawca, bohater Szaflar – zginął w Oświęcimiu. Orawiec uważa, że słusznie wykonano wyrok na Wacku jeszcze w imieniu państwa podziemnego.

– Ale dlaczego – mnoży swe wątpliwości prawie dwa razy starszy od nich Stanisław Karpiel – zrobili to partyzanci spod Babiej Góry, a nie miejscowe AK? I w ogóle czy ci, którzy wieszali Wacka, należeli do AK? Ich akcje wysadzania mostów na bocznych trasach nie miały sensu. Może więc to była pozorowana partyzantka, która podszyła się pod AK?

I na ten temat nie ma solidnych badań.

– Pośpieszyli się – mówi Józef Krzeptowski-Jasinek. A przecież za kilka dni można było oddać Wacka pod legalny sąd. – Czy stało się tak dlatego, że wiedział coś, co aktualnie było niewygodne? Np. o spotkaniach gestapo i NKWD na Gubałówce? A jeśli znajdą się dokumenty, że zakopiańska placówka AK miała coś wspólnego z wywiadem, któremu służył Szatkowski? Bo i takie słyszy się w Zakopanem głosy.

Zdecydowanym obrońcą szefa Goralenvolku był nieżyjący już ojciec Józefa Krzeptowskiego-Jasinka, Józef. Gdy po wojnie spotkali się w Australii, późniejszy badacz góralskich genealogii dowiedział się, że Wacek Krzeptowski należał przed wojną do tzw. dwójki, II oddziału przy sztabie generalnym WP, gdzie przygotowywano parawojskowe organizacje na wypadek wojny. Miał więc dostęp do wielu cennych informacji, których potem szukało gestapo. I niczego ani nikogo okupantowi nie zdradził. Natomiast Szatkowski, zdaniem ojca Krzeptowskiego-Jasinka, był po prostu niemieckim szpiegiem.

Również Józef Krzeptowski, słynny kurier AK, nie pozwolił powiedzieć złego słowa o Wacku. Gdy po czterech latach wrócił z łagru, przyszedł do Krzeptowskiego-Jasinka z prośbą, aby poszli na cmentarz i zmówili „Wieczny odpoczynek”. Padły słowa: – Ten człowiek dwukrotnie uratował mi życie.

___________________________
*)Architekt Bolesław Dobrzyński studiował zaraz po wojnie z mężem Ireny Marusarz. Po powrocie do Zakopanego przyjaźnili się latami. O tym, że był w plutonie egzekucyjnym Wacka Krzeptowskiego, pani Irena dowiedziała się ode mnie.

10:02, kovaliv
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2